dr korski- Ani zawarte porozumienia społeczne, ani nowe regulacje prawne nie rozwiązują żadnego z fundamentalnych problemów polskiego górnictwa węgla kamiennego, a jedynie odsuwają w czasie katastrofę - twierdzi dr Jacek Korski, prognozując, że po 2020 r. przetrwa w Polsce nie więcej niż 10-12 kopalń.

Rzezi pozostałych zakładów górniczych, które już teraz utraciły zdolność konkurowania, dokona sam rynek, bo zamiast naprawiać górnictwo na podstawie pogłębionych analiz (np. firmy Roland Berger z 2013 r., których w ogóle nie wykorzystano), politycy woleli przytakiwać związkowcom i "lać oliwę na wzburzone fale".

- Zapomniano, że to działa tylko do czasu wyczerpania zapasów oliwy - pisze dr Jacek Korski w opracowaniu pt. "Ocena zdolności konkurencyjnej polskiego górnictwa węgla kamiennego w świetle danych historycznych" (przygotowanym wspólnie z dr Katarzyną Tobór-Osadnik i dr Małgorzatą Wyganowską), które ukaże się wkrótce drukiem na łamach "Przeglądu Górniczego".

Czy rynek potwierdzi obawy?
Najważniejsze tezy Korski upublicznił przed tygodniem w dyskusji Bractwa Gwarków, prowokując do ostrej debaty. Prof. Andrzej Lisowski po prelekcji poczuł się "przygnębiony":

- Pan doktor chce nas nawrócić na niewidzialną rękę rynku. Ja nie daję się przekonać, że rynek to wszystko zdecydował albo zdecyduje, istnieje jeszcze państwo! - zarzucał 92-letni nestor nauk górniczych.

Gdy tymczasem (o 10 lat młodszy) prof. Zygfryd Nowak nie krył przerażenia:

- Widać, jak wielki mamy chaos, trzeba pokazać pojawiające się w górnictwie nonsensy, żeby pomóc procesowi jego naprawy! - apelował o utworzenie grupy monitorującej zjawiska zdemaskowane przez prelegenta.

Nie zrzucajmy wszystkiego na Unię!
O jakich niespodziankach mowa? Korski łamie stereotyp, że za kryzys polskich kopalń odpowiedzialne są przede wszystkim np. zmiany prawa związane z ochroną klimatu i złym klimatem dla węgla w UE, niechęć do przemysłu ciężkiego i pojawienie się OZE. Wprawdzie to otoczenie strategiczne gra swoją rolę, jednak istotne problemy tkwią na miejscu. Na rynku lokalnym energetyka zawodowa wycofuje najstarsze węglochłonne jednostki, preferuje tańszy węgiel brunatny. Dwa lata temu zaczęliśmy importować więcej prądu z zagranicy niż go tam wysyłamy. W ogrzewnictwie (ciepłownie węglowe) spada popyt na ciepło, odkąd - zachęcani dotacjami - hurtowo poddajemy budynki termomodernizacjom. A coraz wyższe opłaty za zanieczyszczanie powietrza i składowanie popiołów wypierają najgorszej jakości zasiarczony i zapopielony węgiel.

Rosyjski dumping to mit
Tymczasem w Polsce wydobycie lepszych gatunków jest drogie i zbyt małe (przez co straciliśmy np. cenny rynek niemiecki). Nic dziwnego, że sytuację wykorzystuje konkurencja: "W przetargach publicznych dobrej jakości polski węgiel energetyczny oferowany był po ok. 10,5zł/GJ, gdy tej samej jakości węgiel rosyjski o niższej zawartości siarki oferowano po ok. 9,5zł/GJ" - Korski zaprzecza mitowi rzekomego dumpingu z Rosji.

Bilans poprawiliby drobni klienci komunalni, bo potrzeba im rocznie 11 mln t grubych i ekologicznych węgli, ale kopalnie już od lat nie potrafią popytowi sprostać, więc na północy i wschodzie kraju także króluje już paliwo zza Buga.

Nie umiemy wydobyć złota
Nawet węgla "hard" (polski typ. 35.1 i 35.2A), który opłaca się produkować dla koksowni Arcelor Mittal i JSW, wydobywamy mniej, niż potrzeba, zatem braki uzupełniają nam Czesi i Amerykanie.

Ciągle drożeją towary i usługi dla górnictwa, bo konkurencja w firmach wokoło branży zmalała a praca w nich kosztuje coraz więcej (m.in. przez konieczność zachowania unijnych norm jakości). Dostawcy nie pójdą na rękę kopalniom, które wydłużają im terminy płatności.

Widmo Bogdanki i terminali
Tradycyjnym górnośląskim zakładom górniczym wyrosła w ciągu lat groźna konkurentka pod Lublinem. Wydobycie LW Bogdanka (11 mln t rocznie) odpowiada dużym kopalniom, jak Piast czy Ziemowit, więc walka w grupie gorszych węgli toczy się już na śmierć i życie. Na domiar złego przez unowocześnione terminale w Świnoujściu i w gdańskim Rudoporcie można od niedawna wsypać do Polski ze statków morskich aż 30 mln t dodatkowego paliwa rocznie! Ktoś umiejętnie zainwestował też w kolejowe terminale na północnej i wschodniej granicy kraju - ich przepustowość gwałtownie wzrosła.

O nadprodukcji wiedziano od dawna
Już 5 lat temu Kompania Węglowa wiedziała, że grozi jej nadprodukcja, którą ówczesny prezes oszacował na ok. 10 mln t, przygotowano też wtedy poprawki do strategii firmy. Dlaczego nigdy nie zostały wdrożone? - pyta Korski, dedykując menedżerom polskiego górnictwa maksymę Sama Watsona: "Jedynym szefem jest klient zewnętrzny, bo może wyrzucić z firmy każdego od prezesa w dół - po prostu pójdzie i wyda swoje pieniądze gdzieś indziej...".

Jakim prawem pozwoliliśmy sobie na kosmiczną nadprodukcje kiepskich gatunków, gdy popyt wskazywał całkiem odwrotny kierunek? Otóż prawem nieefektywności Druckera... - chłoszcze Korski, cytując wybitnego teoretyka zarządzania XX w.: "Nie ma nic bardziej nieefektywnego, niż wykonywanie efektywnie rzeczy, których nie powinno się wykonywać w ogóle"!

Wydobycie niższe niż 27 lat temu
Zestawiając cały szereg wskaźników technicznych za lata do 2013 r., publikowanych przez Ministerstwo Gospodarki, z takimi samymi historycznymi wskaźnikami z 1988 r., opracowanie uzmysławia m.in., że w czasie, gdy wydobycie spadło drastycznie (ze 192,7 mln t do 76,5 mln t), zlikwidowaliśmy też odpowiednio aż 40 z 70 kopalń (jest ich dziś mniej niż 30, bo niektóre zakłady połączono ze sobą). Pierwsza zagadka Korskiego: jakim cudem więc poziom wydobycia statystycznej kopalni rocznie jest dziś... niższy, niż w roku 1988? (ok. 93 proc. wielkości sprzed 27 lat).

- Stopień wykorzystania majątku produkcyjnego w stosunku do jego możliwości technicznych znacznie się pogorszył - wnioskuje Korski i potwierdza odpowiedź wskaźnikiem wzrostu kosztów stałych na utrzymanie niewykorzystanego majątku produkcyjnego i przyrostem pracochłonności kopalń.

Gdybyśmy policzyli ilość ścian wydobywczych w przeciętnej kopalni, okaże się, że jest ich aż 71 proc. mniej niż 27 lat temu (to m.in. wynik postępu technicznego). Jeżeli jednak do 2006 r. średnie wydobycie dobowe z takiej ściany nieprzerwanie rosło (do 346 proc.), to nagle w 2006 r. wykres gwałtownie załamuje się i do dziś nie odrabia straty. Korski tłumaczy to skutkami katastrofy w Halembie, po której zaostrzono (nie zawsze jego zdaniem racjonalnie) wymogi bezpieczeństwa.

Innym wytłumaczeniem mogłoby być i to, że wówczas w Kompanii Węglowej (u największego producenta węgla w UE) nastapił istny exodus wielkiej grupy doświadczonych menedżerów górniczych, a po 2 latach górnictwem wstrząsnęły dwie kolejne katastrofy (w Boryni i ruchu Śląsk), wzmagając tylko ostrożność nadzoru. Ponieważ emerytury górnicze przetrzebiły załogi w przodkach, zaczęto przesuwać tam mniej doświadczonych górników.

Kurczące się ściany
Dobrze działo się aż do 2004 r. z wydłużaniem średniej długości ścian w polskich kopalniach (sprzyja to oczywiście efektywności urabiania, bo mniej czasu tracimy na nawroty kombajnu i przerwy technologiczne, z których długością i tak obchodzono się lekceważąco). 11 lat temu wskaźnik długości ściany osiągnął 154 proc. tej z 1988 r. i zaczął niestety opadać. Dlaczego? - Wiek kopalń powoduje, że coraz trudniej znaleźć pola ścianowe pozwalające na optymalne długości ścian i wybiegi - tłumaczy Korski, dorzucając przesłankę z zakresu bhp, które zalece skracać ścianę przy zagrożeniach metanowych.

Wydajność spada, choć rośnie
Wydajność kopalń nieprzerwanie rosła w Polsce do 2007 r. (do ponad 200 proc. tej sprzed 27 lat), by opaść w latach 2007-2009 (do ok. 160 proc.) i natychmiast podnieść się znowu (ale nie tak dynamicznie, jak za granicą). Tu jednak pojawia się kolejna zagadka Korskiego: jeśli linie wykreślające wydajność dołową i ogólną kopalni powinny w zasadzie być równoległe, to dlaczego od 2010 r. ta pierwsza rośnie dużo bardziej niż ogólna? Zdaniem prelegenta pośrednio wytłumaczyć to można pogorszeniem jakości węgla handlowego.

Wykresy obalają jeden z mitów, jakoby kopalnie zatrudniały zbyt wielu pracowników powierzchni: ich ilość spadła w rzeczywistości z ponad 30 proc. do 20 proc.. Tymczasem niepokoi co innego: znacznie zwiększyła się w ciągu 27 lat ilość górników przypadających na jedną ścianę wydobywczą (w 2011 r. było ich prawie 2,35 raza tyle, co w 1988 r.!).

Pod ziemię na papierze?
Korski podejrzewa, że tak niepokojący wzrost może świadczyć o... przenoszeniu pracowników powierzchni do grupy dołowych na papierze, np. by uzyskać możliwość skorzystania z górniczych pakietów socjalnych). Zagadek jest więcej. Dlaczego w latach 2009-2013 udział pracowników dołowych malał, gdy wiadomo, że większość kopalń prowadziła wtedy bardzo aktywną politykę przyjęć, zwłaszcza do pracy pod ziemią?

Stale rośnie w górnictwie udział kosztów pracy (nawet do 60 proc. kosztów przedsiębiorstwa), przy braku ruchomych, motywacyjnych elementów wynagrodzeń.

Naście szybów wykorzystanych w 10 proc.
Zdaniem Korskiego procesy ograniczania wydobycia w kopalniach nie są niestety skorelowane z ograniczaniem technicznego potencjału tych kopalń. Czasem - przyznaje autor - jest to niewykonalne, bo bariery stawia geologia. Jak jednak usprawiedliwiać fakt, iż wskutek radosnej twórczości menedżerów jeden ze znajdujących się w dużych opałach ruchów wydobywczych KW utrzymuje kilkanaście szybów (każdy z nich wymaga stałej obsady ok. stu ludzi), gdy jednocześnie z powodu niewielkiego wydobycia możliwości transportu pionowego w całej kopalni wykorzystane są zaledwie w... 10 proc.?

Trudna recepta: uzdrowić zarządzanie!
Receptę na chorobowy stan śląskiego górnictwa wypisał Korski w 6 punktach: od powtórnej analizy popytu na węgiel w gospodarce po odchudzenie systemów technicznych kopalń do absolutnie niezbędnego minimum. Nie ukrywa, że nie da się utrzymać ani dzisiejszej liczby kopalń, ani poziomu zatrudnienia. Przede wszystkim jednak nieodzowna będzie racjonalizacja systemu zarządzania. W praktyce musimy zacząć od nowych kryteriów rekrutacji do kopalń, potem zaś opracować na nowo systemy wynagradzania, motywujące do wydajnej i bezpiecznej pracy. Kadra średniego i niższego dozoru musi sięgać po nowoczesne narzędzia kierowania załogą, aby uzyskać grupę górników zaangażowanych w pracę, wydajnych, zdyscyplinowanych i odpowiedzialnych.

- Są to obszary wciąż potencjalnie niewykorzystanych możliwości cięcia kosztów i wzrostu efektywności produkcji - podkreśla autor raportu.

Związkowcy zaspali?
Krytykując postępowanie głównych aktorów grających w kryzysowym spektaklu 2015 r. Korski nie oszczędza nikogo. Przypomina np. że przedstawiciele związków zawodowych (w JSW i KHW wybierani przez załogę wiceprezesi a w KW - rada pracownicza) mieli dostęp do informacji o fatalnej sytuacji spółek węglowych, ale protestowali dopiero wtedy, gdy wystraszyli się o wypłaty.

"Spektakularne akcje protestacyjne doprowadzały do zmian w składach zarządów spółek węglowych i podpisywania kolejnych porozumień, których podstawowym celem jest doraźne przywracanie spokoju społecznego" - obwinia autor.

Ta naprawa nie naprawi niczego
Korski nie ma złudzeń, że programy naprawcze nie rozwiążą żadnego z prawdziwych i fundamentalnych problemów, odsuwając jedynie w czasie katastrofę, po której w Polsce węgiel fedrować będzie tylko 10 do 12 kopalń. Jacek Korski przyznaje, że węgiel kamienny i brunatny jeszcze przez wiele lat będzie podstawowym paliwem do produkcji energii elektrycznej, ale zapotrzebowanie polskiej gospodarki na węgiel kamienny zmaleje niestety szybciej, niż przeczuwamy.

źródło: nettg.pl, autor: Witold Gałązka

ZWIĄZEK ZAWODOWY "KADRA"
KWK "CHWAŁOWICE" W RYBNIKU

ul. Przewozowa 4, 44-206 Rybnik
KRS: 0000000306
NIP: 642-256-54-66
REGON: 273939056